Są tacy ludzie, którzy do końca poświęcają się swojej pasji czyniąc z niej pracę, a jednocześnie nadal zachowują zdrowy dystans. Do tego nielicznego i zacnego grona na pewno można zaliczyć Dyrektor Instytutu Historii sztuki Uniwersytetu Warszawskiego Marię Poprzęcką. Nie jeden beletrysta mógłby pozazdrościć jej lekkości pióra i tego z jak łatwością tworzy ciekawą, wciągającą treść i na pewno wielu “sztywniaków” akademickich olbrzymiego zasobu wiedzy. Nic dziwnego, że z pod jej ręki wyszedł zbiór tekstów “Kochankowie z masakrą w tle i inne eseje o malarstwie historycznym” , który jest ciekawą wycieczką przede wszystkim po sztuce XIX wieku.
Każdy obraz jest tu starannie dobrany zarówno pod względem warsztatu malarskiego jak i tematyki, która to obowiązkowo niemal musi dać autorce możliwość opowiedzenia jego historii, wtrącenia ciekawej anegdoty i przybliżenie kulisów powstania dzieła. Już sami przecież tytułowi “Kochankowie…” są niezwykle ciekawi- para katoliczka i hugenot w przeddzień nocy św. Bartłomieja w Paryżu, jednej z najbardziej tragicznych w historii nowożytnej Europy. Na razie nie ma na nim jednak mordów, a krew nie płynie strumieniami. Wszystko opiera się jedynie na domysłach, ona jest lekko podenerwowana, on ją uspokaja czule głaszcząc jej twarz. Wprost trudno uwierzyć, że już za chwile, za kilka godzin ich przepełnione miłością oczy zgasną na zawsze. I kto lepiej mógłby oddać bezsens religijnych masakr jeśli nie angielski prerafaelita Johna Everetta Millaisa, ten sam, który stworzył bodajże najbardziej sugestywny i poruszający obraz szekspirowskiej Ofelii zanurzonej w stawie.
Temu komu może się wydawać, że wyżej opisany obraz jest przygnębiający odradzam z góry czytanie rozważań autorki na temat chociażby obrazu Siemiradzkiego o wielce wymownym tytule “Świecznik Chrześcijaństwa”, w którym to Neron podziwia ludzkie pochodnie zdobiące jego gaje. A nie jest to jedyny bynajmniej obraz, który ten zbiór felietonów przybliża niebezpiecznie do strefy horroru.
Z całej książki możemy wyciągnąć wnioski jak najbardziej jednak pozytywne. Otóż warto ją przeczytać, żeby zobaczyć więcej, zobaczyć drugie dno obrazu. XIX wieczne malarstwo miało to do siebie, ze było jak wysokobudżetowe filmy- miało się podobać masowemu odbiorcy, a jednocześnie poruszać jego serce i duszę. Mogę zagwarantować, że niektóre z tych dzieł nadal robią podobne wrażenie. Całość jest opatrzona reprodukcjami co znacznie ułatwia kontemplację i obrazów i tekstu.
