RSS
 

Archive for the ‘Literatura piękna’ Category

Poezja – kto dziś o niej pamięta?

16 lut

Ani poezja, ani jej czytelnicy jeszcze nie wyginęli. O ile jednak tomiki wierszy znajdziemy w każdej księgarni, to o znalezienie kogoś, kto by je kupił już trudniej. Nasze czasy zdecydowanie nie należą do poezji. Coraz mniej czytamy, a jeśli już, to na liście tego, co chcemy przeczytać, poezja zajmuje ostatnie miejsce. Dawniej poezja zagrzewała do walki, dawała nadzieję, służyła budowie nowego świata. Była integralną częścią rzeczywistości, zaangażowaną politycznie, społecznie i kulturowo. Dziś nie pełni już takich wzniosłych ról, nie porywa tłumów.

Większość potencjalnych czytelników sięga jednak po książki beletrystyczne. Tam jest fabuła, akcja, intryga. Powieści skutecznie zajmują czas, wciągają, a czasem można się przy nich nieźle uśmiać. A poezja? Poezja wymaga przeżycia, zastanowienia, interpretacji, dopowiedzenia, zrozumienia, czyli analizy myślowej. A człowiek po całym dniu pracy czy nauki niekoniecznie ma ochotę na dodatkowy wysiłek umysłowy. Poezja to przedstawicielka kultury wysokiej, ilość rozrywki, jaką dostarcza, jest prawdopodobnie niewystarczająca, by poświęcać jej czas.

Wśród całej populacji osób czytających, są jednak miłośnicy poezji. Kim więc jest poetomaniak? Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Nie ma chyba takiej grupy społecznej, która szczególnie preferuje poezję. Sami poeci są chyba najbardziej oczytani i obeznani w twórczości poetyckiej. Z pewnością od poezji nie stronią też osoby zajmujące się zawodowo literaturą: literaturoznawcy, krytycy, nauczyciele. Wśród przedstawicieli tych zawodów znaleźlibyśmy niejednego gorącego pasjonata poezji. Ale poezja nie jest tylko dla tych wykształconych, znających się na rzeczy. Czytują ją także studenci i uczniowie, ci, którym zainteresowanie wierszami zaszczepiono na lekcjach czy wykładach. Poza nimi, zwykli ludzie, którzy po prostu lubią metafory, rymy i porównania. Tacy ludzie są i na pewno jest ich dużo, mają swoich ulubionych poetów, ulubione wiersze. Niektóre z nich znają na pamięć, inne na wyrywki. Poezja ma więc swoich wiernych fanów i jak długą poeci będą pisać wiersze, tak długo ktoś będzie je czytał.

Wśród wielu tomików poezji znaleźć można te autorstwa mistrzów oraz mniej znanych poetów, np:

Ewa Lipska – Pogłos: najnowsza publikacja współczesnej poetki, pełna barwnych metafor i refleksji dotyczących przeszłości i miłości. Zawiera nie tylko wiersze, ale i poematy napisane prozą.

Urszula Kozioł – Horrendum: najnowszy tomik wierszy poetki, w którym znajdziemy refleksje nad nieuchronnością śmierci i przemijania, ale też oczarowanie życiem.

Andrzej Sosnowski – Poems: najeżony aluzjami, odnośnikami, cytatami, grą językową i dodatkowo ilustrowany tomik wierszy. W charakterystycznym dla poety stylu.

 

“Dziennik rumowy” – Hunter S. Thompson

09 cze

Hunter S. Thompson to jedna z największych osobowości literackich XX wieku. W latach 70-tych stał się ikoną kontrkultury dzięki skandalizującej powieści “Lęk i odraza w Las Vegas”, na której podstawie nakręcono równie kultowy film w Polsce promowany pod tytułem “Las Vegas Parano”. “Dziennik rumowy” został napisany przed książką o Raoulu Duke i Doktorze Gonzo. Obie książki zawierają pewne podobieństwa i nic dziwnego, bo ich główni bohaterowie są po części alter ego pisarza i obie zawierają autobiograficzne wątki.

Fabuła “Dziennika rumowego” jest dość prosta. Młody dziennikarz Paul Kemp przyjeżdża na Karaiby aby podjąć pracę w marnej, lokalnej gazecie. Redakcja to zbiorowiska leniwych i niejednokrotnie dziwnych ludzi, których bardziej od pracy interesuje korzystanie z uroków Puerto Rico, zwłaszcza tych alkoholowych. Leniwa i gorąca atmosfera wyspy sprzyja nawiązywaniu kontaktów seksualnych, a Kempowi wpada w oko piękna dziewczyna kolegi z redakcji…

Z pozoru banalna historyjka, dzięki sposobie narracji i nieskrępowanej wyobraźni Thompsona stała się naprawdę dobrą, męską powieścią. Z zupełnie nieoczekiwanym zakończeniem i dużą ilością rumu.

 

Lolita- Vladimir Nabokov

22 kwi

Kiedyś Lolita była zdrobnieniem imienia Dolores. Kiedyś dawno, dawno temu. W czasach, których już prawie nikt nie pamięta. Przed rokiem 1955 kiedy to Nabokov wydał słynną powieść, której bohaterka stała się uosobieniem wyrachowanego, jeszcze dziecięcego erotyzmu i budzącej się kobiecości. Na długo zanim okrzyknięto ją arcydziełem budziła kontrowersje, zwłaszcza w purytańskiej Ameryce lat 50-tych. Odmowy wydawców zmusiły Nabokova do wydania książki we francuskim wydawnictwie, które nie słynęło wcześniej z dzieł wysokich lotów. Mimo fatalnego początku naznaczonego protestami i atakami na pisarza historia erotycznej obsesji czterdziestoletniego mężczyzny dwunastoletnią pasierbicą sprzedała się w oszałamiającej liczbie egzemplarzy, a siedem lat później doczekała się pierwszej ekranizacji innego znanego prowokatora- Stanleya Kubricka, który był wówczas młodym ale już uznanym reżyserem.

Na formę w jakiej została napisana “Lolita” bezpośredni wpływ ma fakt, że Nabokov nie chciał wydawać powieści obawiając się o swoją karierę wykładowcy akademickiego. Dlatego też pisał ją w formie autobiografii niejakiego Humberta Humberta, który pisze w wiezieniu o swojej wielkiej namiętności ale też o tym co spowodowało, że zwykły nauczyciel oczekuje teraz na egzekucję. Humbert to Francuz, który wyjechał do USA przed II wojną światową. W 1947 roku trafia do małego miasteczka w Nowej Anglii- Ramsdale, a wkrótce także w poszukiwaniu pokoju do wynajęcia do domu Charlotty Haze. Dom i jego właścicielka nie sprawiają na nim dobrego wrażenia, dopiero spotkanie opalającej się w ogródku Dolores skłania go do bezzwłocznego wynajmu. Młoda Nimfetka prężąca ciało na słońcu przypomina mu jego ukochaną z nastoletnich lat-Annabel, która zmarła na tyfus. Między mężczyzną a dziewczynką zaczyna toczyć się niezwykła gra. Ona kusi go mniej lub bardziej świadomie, a On szuka “przypadkowych” okazji do najmniejszego chociażby kontaktu z Lolitą. Kiedy córka wyjeżdża na letni obóz nieoczekiwanie Charlotta wyznaje mu miłość i stawia ultimatum- albo ją kocha i się z nią ożeni, albo ma się natychmiast wyprowadzić. Początkowo zrozpaczony Humbert postanawia “poświęcić się” dla wyższego celu jakim jest miłość do nastolatki i oświadcza się wdowie Haze. Ta początkowo nie domyśla się w najmniejszym stopniu prawdy, dopiero po przypadkowym przeczytaniu pamiętnika męża przeżywa szok. Idąc wysłać listy, które mają zakończyć tą chorą sytuację zostaje potrącona przez samochód. Tutaj też powieść traci swoją pewną niewinność. Rozpoczyna się druga część kiedy to oniryczne fantazje zostają zastąpione przez brutalną rzeczywistość, a słowa przechodzą w czyny.

Kontrowersyjny temat oczywiście nie zagwarantował “Lolicie” statusu jednej z najważniejszych powieści XX wieku. Owszem stała się ona dzięki niemu legendą, a tytuł na stałe zaczął funkcjonować jako określenie nieletnich kusicielek. Jednak to niezwykły kunszt literacki autora i liczne, ukryte w tekście odnośniki do dzieł tak zacnych twórców jak E.A. Poe, Dostojewskiego, Bizeta, Reynoldsa, czy L. Carrolla autora “Alicji w Krainie Czarów”. Znajomość literatury, psychologii i filozofii nie jest konieczne do przeczytania książki Nabokova, ale bez niej jest to lektura niepełna, odarta z drugiego dna, które uczyniło ją wielką. Wówczas pozostaje czytelnikowi jedynie rozkoszowanie się zestawieniem perwersyjnej fascynacji z subtelnym, delikatnym jak pajęczyna językiem którym operuje pisarz.

 

“Lato przed zmierzchem”- Doris Lessing

13 kwi

Książki tak zwane “feministyczne”, biorą pod uwagę, że feminizm to rzekomo dążenie do równouprawnienia, rzadko kiedy spełniają swoją rolę. Wyzwolenie kobiet, ich osobiste szczęście bowiem nie ma prawa zmaterializować się w małżeństwie i macierzyństwie bo jest to jarzmo narzucone przez społeczeństwo, a nie wolny wybór kobiety. Z niejaką niechęcią sięgnęłam więc po książkę Doris Lessing “Lato przed zmierzchem” spodziewając się kolejnego pro-kobiecego arcydzieła, które razi nachalnością przesłania. Pisarka dokonała w tej powieści rzeczy niezwykłej dokonując gorzkiego rozrachunku obu stron przez co właściwie żadnej z nich nie ocenia ostatecznie. Śmiało mogę stwierdzić, że jest to w pełni feministyczna, a przy tym bardzo smutna i bardzo piękna książka.

Jakie jest życie kury domowej po czterdziestce, która poświęciła swoje ambicje i zajęła się wychowywaniem czwórki dzieci zamiast studiować? Smutne i monotonne. Mąż miewa romanse, dzieci już wyrosły, a ich stosunek do niej jest przypomina relacje pasożyty-żywiciel. Splot sprzyjających okoliczności wpływa na decyzję o uczestniczeniu w konferencji w Londynie w charakterze tłumaczki. Kate bez problemu odnajduje się w “wielkim świecie” tym samym udowadniając sobie samej swoją wartość jako kobiety ale przede wszystkim człowieka, a nie jedynie jego cienia w jak najbardziej dosłownym znaczeniu. Dojrzała ale wciąż piękna wyjeżdża z młodym Amerykaninem do Hiszpanii. Wreszcie powraca do Anglii i wynajmuje pokój u młodej niezależnej dziewczyny, a kontakt z nią jest dla Kate impulsem do pewnego rozrachunku z własnym życiem. Chociaż zrzuciła maskę kury domowej poświęcającej się rodzinie, to ubrała nową- kobiety światowej romansującej z młodym mężczyzną, która jednak jest równie nieprawdziwa.

Książka Lessing jest przepojona melancholijnym smutkiem ale też kobiecą siłą, taką na jaką mogą sobie pozwolić tylko przedstawicielki płci pięknej, a ta-chociaż targana sprzecznościami- jest tu przedstawiana jako ciepła i cierpliwa. To wspaniały obraz utkany z doświadczeń życia, pozbawiony groteskowego rozdzielania świata na czarne i białe, pełnowymiarowy i rzeczywisty. Idealnym dopełnieniem treści jest epicki ale też pełnokrwisty język, który nie musi silić się na maskowanie zabiegami stylistycznymi braków w fabule, bo takich tu nie ma. Książka jest całkowicie skończona, a każda normalna kobieta odnajdzie w niej odwołanie do własnego życia.

 

“Mury Hebronu”- Andrzej Stasiuk

08 kwi

O więzieniach napisano wiele od opasłych książek po wiersze. A między nimi znajdują się gdzieś tam opowiadania z najsłynniejszym chyba “Skazanymi na Shawshank” Stevena Kinga. W polskiej literaturze też znalazł się ktoś kto zmierzył się z tym nieszlachetnym tematem nocnych masturbacji, spacerów po celi i haniebnie filozoficznych rozważań rodzących się z nudy. Tym człowiekiem jest Andrzej Stasiuk, którego “Mury Hebronu” niemal dziesięć lat temu wywołały poruszenie na rodzimej scenie literackiej.

Cały tom to zbiór 12 opowiadań z czego 11 to poetyckie opowieści snute spod celi o różnych mniej lub bardziej prozaicznych stronach życia w więzieniu. Są one dowodem na to jaką urodą słownictwa posługuje się pisarz jednocześnie jakby dla kontrastu opisując brutalne zależności, hierarchię i niedoskonały system penitencjarny, w którym granica pomiędzy strażnikiem, a katem jest niebezpiecznie cienka. Połączenie to jest piorunujące i uderzające goryczą i bezsilnością osób, które muszą się podporządkować zaistniałemu ładowi. Tak jak mówi jeden z bohaterów “Nie ma litości. Litość to zbrodnia.” i są to słowa, które mogą w pełni oddać surowość więziennych murów, w których nie ma miejsca na empatię, ciepło i piękno.

12 opowiadanie jest dłuższe i poprzez swoją formę- spowiedzi starszego recydywisty, który odbył już szereg pielgrzymek po różnych okratowanych zakładach- w całości niemal opowiedziane więziennym slangiem. Przy tym poprzednie teksty wydają się być wypracowaniami uczniów podstawówki. Zawiera ono całą esencję obrzydliwości i zła. Narrator nie bawi się tu w metafory czy przenośnie, niczego nie maskuje. Jak jest cwel to jest cwel. Jak jest krew to jest krew. Stary więzień opowiada to wszystko młodemu niczym mentor, złodziej, kanalia.

Opowiadania są do bólu prawdziwe i inspirowane więziennym epizodem Stasiuka po jego dezercji z wojska. Pisze o tym co poznał na własnej skórze, a pisze o tym językiem z odrapanych, śmierdzących cel bo innym nie można wyrazić tego co się dzieje kiedy zamknie się za Tobą Brama Hebronu.

 

“Skugga Baldur”- Sjon

01 kwi

Z czym kojarzy się nam Islandia? Mi z surowym klimatem, ciągnącymi się daleko po horyzont mroźnymi pustkowiami, ze stalowoszarym morzem. To wszystko daje ponury obraz, z jaka była XIX wieczna Islandia? Zapewne jeszcze bardziej ponura i niedostępna, a społeczność z natury wyspiarskiej nieufna wobec nieznanego. Na tle właśnie takiego krajobrazu toczy się historia opisana w “Skugga Baldur”, rzecz niezwykła, metaforyczna i zakorzeniona w islandzkim folklorze. Piękna opowieść o miłości, ale także mroczna historia o grzechu i rozliczeniu się z własnym sumieniem. Sjón stworzył książkę, którą stylistycznie spokojnie możemy zaliczyć do poetyckiej prozy, a jednak jest ona tak surowa jak bezkres zimnej wyspy.

Pewnego dnia wielebny Baldur Skuggason udaje się na polowanie na lodowiec, które przeradza się w dziwną grę pomiędzy nim, a lisicą. Na zmianę zamieniają się rolami co ma symbolizować wewnętrzną walkę z własnym sumieniem. Bo czy lisica istnieje naprawdę? Czy jest tylko wytworem wyobraźni wielebnego. Oto powraca do niego historia, która rozpoczęła się pewnego mronego dnia 15 lat wcześniej kiedy u wybrzeży Islandii pojawił się statek widmo z beczkami wyśmienitego tranu i jedną, wyjątkowo osobliwą jak na tę wyspę pasażerką. Do XX wieku Islandczycy zabijali ułomne dzieci przy porodzie, co biorąc pod uwagę wyjątkowo surowe warunki można w jakimś stopniu zrozumieć. Chora na zespół Downa Abba trafia do więzienia, bo nikt nie wie co z nią zrobić. Patową dla obu stron sytuację nieoczekiwanie rozwiązuje Fryderyk B. Fridjonsson, który wykupuje “Syrenę” z więzienia. Młody człowiek powrócił na Islandię w zasadzie tylko po to aby uporządkować sprawy majątkowe pozostawionego przez rodziców dziedzictwa, a zaraz potem miał w planach wyjazd do Kopenhagi gdzie studiował farmację. Nie oczekiwane spotkanie z kruchą, wrażliwą i całkowicie bezbronną dziewczyną odmieniło jego życie. Nagła potrzeba zaopiekowania się nią i obdarzenia drugiego człowieka bezinteresowną, czystą miłością skłoniła go do zabrania Abby do rodzinnej posiadłości gdzie przez następne lata, najlepsze lata młodości opiekuje się nią traktując nieomal jak dziecko i pozostając świadomym tego, że ich czas jest ograniczony przez jej chorobę. Jak nietrudno się domyśleć na przeciwległym biegunie do tej bezinteresownej postawy Fryderyka znajduje się wielebny Baldur, który chociaż powinien krzewić miłość bliźniego popełnia grzech przeciwko tej miłości, przeciwko człowieczeństwu.

Alegoryczna wspaniała opowieść napisana jak magiczna baśń, a jednoczesnie odarta z niepotrzebnych ozdobników zamknięta w krótkiej książce. Małej, niepozornej, uderzajcej z siłaą bomby atomowej. Na próżno można w niej szukać wylewnych monologów, gwałtownych porywów serca i bohaterskich wystąpień. Skandynawska literatura odrzuciła je skupiając się na zawarciu jak największego przekazu emocjonalnego jak najmniejszej ilości słów. A jeśli jeszcze dodam, że Sjón jest tekściarzem Bjork…

 

“Bez mojej zgody” Jodi Picoult

31 mar

“Bez mojej zgody” to książka trudna, tak jak temat, którego dotyczy. Jodi Picoult, która lubi kontrowersyjne historie i tym razem nie zawiedzie swoich wielbicieli. Opowieść o nastoletniej Annie jest tak przejmująca, że nawet pewne błędy, których nie ustrzegła się pisarka nie powinny odstraszać od przeczytania tej pozycji. Chociażby dlatego, że specyficzna historia rodziny Fitzgeraldów może się tak naprawdę przydarzyć każdemu z nas.

Młode szczęśliwe małżeństwo pewnego dnia dowiaduje się , że ich młodsze dziecko- Kate jest chore na ciężką odmianę białaczki. Mają dwa wyjścia albo zdać się na przeszczepy od obcych dawców, których może najzwyczajniej w świecie nie być ze względu na brak zgodności genetycznej albo… stworzyć dziecko. Tak stworzyć, bo mówimy tu o poczęciu dziecka o zestawie genów identycznym jak u Kate. Decydują się na to popularne w Stanach Zjednoczonych rozwiązanie. Rodzi się Annie. Czy jednak “zabawa w Boga” nie pozostawi żadnych śladów? Czasami tak jest, ale nie w tym przypadku. Pani Fitzgerald, Sarah poświęca się całkowicie Kate. O ile jej zaciekłość w walce o zdrowie córki jest imponująca o tyle to, że całą miłość oddaje chorej dziewczynce pomijając Annie i starszego Jessego jest oburzające. Od dzieciństwa też nie ukrywała przed drugą córką faktu, że została ona poczęta i urodzona tylko po to, żeby pomagać siostrze. Nic dziwnego w tym, że dziewczynka czuje się jak magazyn części zamiennych, a nie jak wolny człowiek. Nie znajdując oparcia w rodzinie wyraża swój bunt rozpaczliwą decyzją- decyduje się na złożenie pozwu do sądu wedle którego będzie mogła sama rozporządzać swoim ciałem i decydować o tym czy pomagać nadal siostrze. Annie, która swoim postępowaniem w otoczeniu wywołuje agresję i przerażenie znajduje zrozumienie jedynie u ekscentrycznego prawnika, który decyduje się reprezentować ją w sądzie. Prawdziwa walka jednak odbędzie się z dala od sali rozpraw- w domu Fitzgeraldów, a będzie to walka pomiędzy dwiema silnymi osobowościami- matką i córką. W trakcie książki pisarka przedstawia nam retrospekcje, które ułatwiają zrozumienie decyzji Annie, która tak jak każdy inny człowiek dąży do wolności własnych czynów, do zauważenia jej jako odrębnego człowieka. Bo przecież po wygranej rozprawie nie musi przestać pomagać siostrze, ale może.

Wzruszająca, naładowana emocjami ksiazka, która pozostawia pewne sprawy otwarte. Być może zawiodło trochę zakończenie, ale pomimo tego jest to ksiażka, którą mogę z całego serca polecić.

 

“Kaligula” Albert Camus

30 mar

W styczniu obchodziliśmy 50 rocznicę śmierci jednego najwybitniejszych pisarzy XX wieku w Polsce znanego głównie z metaforycznej powieści- “Dżuma”. Twórczość Alberta Camusa jest jednak o wiele bogatsza i dzisiaj chciałabym poświęcić kilka słów dramatowi “Kaligula”. Na lekcjach historii nauczyciele z istną pasją powtarzają wyświechtane anegdotki o szaleństwach tego młodego cesarza. Zapominają jednak o tym, że historie o Kaliguli zostały dość subiektywnie przekazane przez ówczesnych mu historyków. Zresztą początki jego panowania były bardzo obiecujące, dopiero po przebytej chorobie, najprawdopodobniej mózgu przybrały one formę absurdalnej tyranii.

W dramacie Camus jako przyczynę zmian psychicznych u Kaliguli podaje śmierć jednej z jego ukochanych sióstr, a ich wynikiem staje się cała lawina absurdalno-tragicznych wydarzeń, które mają go doprowadzić do niemożliwego. Nieosiagalność staje się jego celem uosabiana w dramacie przez posiadanie na własność księżyca. Wstrząśnięty śmiercią Druzylii staje się nadzwyczaj świadomy nieuchronności ludzkiego losu, a ignorancja jego poddanych w stosunku do tego faktu irytuje go i skłania do okrutnych działań. Od tej pory rządy Kaliguli stają się krwawe, a jeśli nie ma akurat wrogów sam stara się ich sobie stworzyć. W istocie w jego szaleństwie jest metoda bo on sam cały czas pozostaje świadomy swoich czynów nawet najbardziej absurdalnych. Całość przekształca się dialog pomiędzy tłumem wolącym żyć w kłamstwie, a skrajnie indywidualną jednostką. Kaligula uparcie przeciąga granicę pytając: Ile jeszcze wytrzymacie?

W tym dramacie tak jak i w “Dżumie” odnajdujemy krytykę II wojny światowej. Postać tyrana autokraty, którego nawet jego otoczenie postrzega jako szaleńca jest oczywistą metaforą Adolfa Hitlera. Także kolaboracyjny rząd Vichy zostaje tutaj skrytykowany. Pomimo jednoznacznego wymiaru tekstu, być może nieświadomie Camus wykazuje jednak pewne współczucie dla Kaliguli co nadaje dramatowi wielowymiarowości.

 

“Ludzie z wysp”- Elizabeth Gilbert

29 mar

Polecam książkę “Ludzie z wysp” Elisabeth Gilbert chociaż pewnie wiele osób uważa, że jest ona przereklamowana i nudna. Całkowicie się z tymi dwiema rzeczami zgadzam. Ale są takie chwile kiedy mam ochotę usiąść i poczytać sobie coś monotonnego, co jest pozbawione poniekąd akcji, coś zwyczajnego, mówiącego w pobieżny sposób o zwykłych ludziach i ich prostym życiu. Bo chociaż homarowa wojna dla nas może jest czymś egzotycznym to dla mieszkańców dwóch małych wysepek u wybrzeży Maine jest ona codziennością, którą znają od pokoleń.

To własnie konflikt pomiędzy dwoma społecznościami, które konkurują ze sobą walcząc o łowiska jest głównym tematem tej książki. Historia miłosna przypominająca Szekspirowskiego Romea i Julii jest jedynie pretekstem do pokazania ich życia. Romans zaczyna się banalnie- nastoletnia Ruth Thomas nie chce tak jak jej rówieśniczki zostać modelką, aktorką czy choćby nauczycielką. Ta całkowicie pozbawiona romantyzmu dziewczyna chciałaby przede wszystkim dołączyć do swojego ojca i tak jak on zostać poławiaczem homarów. Marzenie dziwne nawet jak na realia w których dzieją się wydarzenia opisane w książce. Ale, że rezolutna bohaterka jest uparta, bystra i zdeterminowana ma szanse je ziścić. Wtedy jak na złość (jej samej) zakochuje się w poławiaczu z najbardziej znienawidzonego klanu z sąsiedniej wyspy. I tak rozpoczyna sie historia miłosna z homarami w tle, która ma szansę odmienić wielowiekową historię wysp i ich mieszkańców.

Czy książka jest banalna? Jest. I to do bólu. Tak naprawdę mogłaby się dziać wszędzie. Wątek poławiaczy homarów i wojny toczącej się pomiędzy nimi jest tak naprawdę jedynym ciekawych elementem tej powieści. W tym wszystkim jednak Gilbert znalazła jakąś magiczną moc, która zaklina czytelnika. Właśnie w tej całej prostocie, monotonnej narracji i ciągnącej się w nie skończoność historii wysp tkwi urok tej powieści. Przyjemnie się to czyta chociaż trzeba przyznać, że nic by się nie stało gdyby ją skróciła o jakieś 100 stron co biorąc pod uwagę, ze całość ma ponad 400 nie jest szokujące. Być może wtedy byłaby mniej usypiająca. Moja ciocia powiedziała kiedyś: “Jestem za stara na książki, które źle się kończą i leje się w nich krew” i “Ludzie z wysp” są zdecydowanie dla niej.

 

“Księga powietrza i cieni”- Michael Gruber

24 mar

Na fali powieści przygodowych, w których współcześni bohaterowie rozwiązują zagadki wielkich artystów z przed wieków do Polski trafiła książka “Księga powietrza i cieni” autorstwa Michaela Grubera. Jest to dzieło o tyleż niezwykłe, ze zamiast jednej opowieści otrzymujemy trzy, z których każda spokojnie mogłaby być osobnym tworem książkowym. Łączy je jedno- zaginiony manuskrypt ze sztuką Williama Shakespeare. Chociaż każda z nich dzieje się w osobnej płaszczyźnie czasowej, ba- nawet jest napisana w innym tonie, to autor misternie je ze sobą posplatał tworząc barwną, wciągającą i w pełni sycącą powieść.

Pierwsza część to nic innego jak opowieść o przygodach awanturnika i pirata Bracegildre’a, która jak przystało na taką historię toczącą się w XVII wieku jest stylizowana właśnie na awanturnicze powieści z tamtego okresu. Nieszczęsny bandyta, którego priorytetem jest bogacenie się zostaje przypadkowo wplątany w antykatolicki spisek, w którym narzędziem do pogrążenia “papistów” miała być pochwalna sztuka o Marii Stuart zamówiona u Shakespeare’a, która doprowadziłaby do upadku teatr i samego dramaturga, który według historyków był katolikiem! Jedyną osobą, która zna prawdę na temat tego czy dramat ten powstał i gdzie może się znajdować jest właśnie Bracegildre, który jednak sprytnie zaszyfrował swoje zapiski.

I tak oto przenosimy się do czasów współczesnych kiedy to pewien prawnik specjalista od praw własności intelektualnej Jake Mishkin natrafia na list Bracegildre’a, z którego wynika, że gdzieś istnieje zaginiony tekst dramaturga wszechczasów. Nie tylko prawnik chciałby odnaleźć warty miliony dolarów manuskrypt. Mishkin wplątuje się w kryminalną, niebezpieczną aferę z gangsterami depczącymi mu po piętach. Moim zdaniem to najsłabsza część książki pomimo, że sam bohater jest postacią pełnokrwistą jak przystało na syna Żyda i córki SS-mana, kobieciarza i byłego sportowca.

Na zakończenie Gruber serwuje nam romans z elementami komizmu. W poszukiwaniu zaginionego tekstu uczucie połączy specjalistkę od oprawiania i ozdabiania książek Carolyn i pasjonata kina Alberta. Ta czesć jest zdecydowanie najzabawniejsza i nalżejsza z całej historii, a przy tym niebywale przewrotna. A tekstów wygłaszanych przez kinomaniaka nie powstydziłby się sam Woody Allen.

Podsumowując całą powieść mogę śmiało powiedzieć, że jest to jedna z lepszych książek tego typu. Przede wszystkim autor zachowuje dystans, czego brak na przykład u Dana Browna przez co jego książki trącą fanatyzmem. Nie sposób też nie wspomnieć o samym pisarzu, który w swoim barwnym życiu był m.in. hippisem, biologiem, doradcą prezydenta Cartera i… ghostwriterem, co może stanowić niebanalną wskazówkę przy czytaniu “Księgi powietrza i cienia”.